Kiedy pisałam, że w następnym poście pokażę coś fajniejszego,
nie miałam na myśli "ładniejszego" ( asekuruję się, gdyby ktoś poczuł się zawiedziony)
Chodziło mi bardziej o to, że będzie to coś radosnego, pogodnego ... :-)
Poznajcie więc moją wesołą gromadkę :
Zakochałam się w tych skrzatach już dawno,
( No, nie tak łatwo było - wiele prób kończyło się fiaskiem )
Skrzaty są duże, mają ponad 80 cm wysokości, więc szyło się je fajnie.
Zaczęły się schody, kiedy zabrałam się za maluszka :-)
Podczas szycia zanosiłam się od śmiechu, bo on jest taki malutki,
że nie mogłam złapać opuszkami jego ucha, a co dopiero je przyszyć :-)
Mało tego...
Kiedy tylko skończyłam go szyć i posadziłam przy maszynie -
- od razu założył nogę na nogę, podparł się i zaczął rżnąć cwaniaka.
Siadłam koło niego i mówię:
"Słuchaj, Ciebie wcale miało nie być. Powstałeś przez przypadek, ze ścinków,
a zachowujesz się tak, jakbyś w tej pracowni był najważniejszy!"
Spojrzał tylko na mnie i burknął pod nosem - "Chyba ty!"
Mówię Wam, jest on taki słodki...
Spójrzcie:
Ile razy wchodziłam do pokoju, tyle razy buzia mi się śmiała na jego widok.
Ale niestety...
Po kilku dniach zawiązał szalik, złapał w rękę worek z życzeniami i tyle go widziałam...
Uszyłabym drugiego, gdyby nie te małe uszy :-)
Pozdrawiam cieplutko!